Można się zastanawiać, kto w klasycznym składzie grał pierwsze skrzypce, Axl czy Slash? Kto był lepszym bębniarzem, Adler czy Sorum? Która generacja Gunsów jest lepsza i czemu tak wiele osób nie cierpi nowej płyty? Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Ważne jest to, że Gunsi grają dalej… i jest z nimi Axl. Jeśli ktokolwiek miał przetrwać, 15-letnie zamieszanie, to tylko charyzmatyczny, rudowłosy frontman…
Z GN’R zetknąłem się po raz pierwszy, na początku lat dziewięćdziesiątych. “Sweet Child O’Mine”, “Welcome to the Jungle” i “Paradise City” były moimi ulubionymi piosenkami a za kasetą “Apetite for Destruction”, wydaną przez ALF’a zjeździłem pół Warszawy.
Nie minęło wiele czasu, gdy pojawił się teledysk do “You Could Be Mine” z Terminatora 2, promujący nie tylko film ale również nadchodzące “Use Your Illusion I & II”.
To dla Gunsów słuchałem Z-Rock 50 w radiu Wawa, i dzięki temu poznałem całą masę rewelacyjnych zespołów, z których większość znajdzie swoje miejsce na tej stronie.
Tamci Gunsi byli fenomenem, który zapamiętam z retransmitowanego koncertu spod Paryża, czy całodniowej relacji z “The Freddie Mercury Tribute Concert”.
Początków końca, wiele osób dozukuje się w ostatnim albumie grupy -- “The Spaghetti Incident?”, niedocenianym i kontrowersyjnym ze względu na ukrytą piosenkę Mansona. Gunsom udało się co prawda nagrać jeszcze rewelacyjną przeróbkę Stonesowskiego “Sympathy For The Devil” i rozpocząć pracę nad dziełem życia Rose’a, nie udało im się jednak przetrwać wojny charakterów Slasha i Axla. Obaj panowie byli zbyt wielkimi indywidualistami, by pójść na kompromis i zespół w najbardziej charakterystycznym składzie, przestał istnieć.
Guns N’ Roses to Axl Rose. 15 lat temu nie zaryzykowałbym takiej tezy, dzisiaj nie mam oporów. Axl jest facetem,który posiada prawa do korzystania z nazwy, jest genialnym kompozytorem, menadżerem i opiekunem swojej marki a jednocześnie nieprzewidywalnym i niepokornym dzieckiem rock n’ rolla. Kiedy w 1994 roku po raz pierwszy wspomniano o nagrywaniu nowej płyty, nikt nie śmiał przypuszczać, że jej tworzenie zajmie prawie półtorej dekady a skład zespołu zmieniać będzie sie równie często, jak legendarnego L.A. Guns.
Zwolennicy starego składu, zarzucają nowej płycie, że jest kiepska, nijaka i nie brzmi jak GN’R, nawiązując do zespołu, który od 14 lat nie istnieje. Muzyka zmieniła się, również dzięki technice oraz możliwościom jakie posiadają dzisiaj instrumentaliści czy producenci (nie wspominając o słuchaczach), ale wpływ na Axla mieli też inni koledzy z branży, między innymi Sebastian Bach, na którego solowym albumie z 2007 roku Rose zaśpiewał w trzech utworach.
Wydana pod koniec 2008 roku płyta zawiera piosenki, które znane już były fanom zespołu od dłuższego czasu. Dostępne w internecie, w urywkach z Rock In Rio 3 (w 2001 roku), na bootlegach z koncertów. Słyszeli je także szczęśliwcy, którzy wybrali się na Warszawski koncert grupy w 2006 roku.
Jak odbieram, to co zaprezentował na płycie “Chineese Democracy” Axl ze swoim zespołem? Nie jest to stare GN’R, nie miało nigdy być i nawet sam Rose, często na koncertach tłumaczy, dlaczego klasyczne numery są prze-aranżowane. “Chineese Democracy” wpada w ucho, co jest również olbrzymią zasługą osób odpowiedzialnych za jej brzmienie, wystarczy tylko zapomnieć o korzeniach zespołu i skoncentrować się na prezentowanej muzyce.
GN’R 2.0 przypomina trochę projekt Reznora, osobiście mam jednak nadzieję że skład się skrystalizuje jako tako i zamiast muzyków sezonowych, pojawią się stali członkowie grupy. Axl zapowiedział co prawda kontynuację dzieła, ostatnio jednak unika podawania jakichkolwiek szczegółów dotyczących nagrań.
A wszystkim, którym GN’R w najnowszej odsłonie po prostu nie pasuje, odsyłam do Velvet Revolver lub Slash’s Snakepit -- chociaż podejrzewam, że oba projekty znają na wylot.