Prawdę mówiąc, zastanawiałem się czy wspominać o tak znanej formacji. Miałem nadzieję na pojednawcze gesty pomiędzy rodzinami Gilmourów i Watersów, wspólny występ w niemal klasycznym składzie. Śmierć Richarda Wright’a być może nie skreśliła szans na wspólny koncert Nicka, Davida i Rogera … nie będzie to już jednak Pink Floyd.
Pisać o zasługach i osiągnięciach tej grupy również mi głupio, inni zrobili to lepiej. Skupię się, na albumach, które są mi najbliższe. I zacznę, od końca.
„P.U.L.S.E.” -- rewelacyjne, dwupłytowe wydawnictwo. Zapis tego, co usłyszeć mogli podczas trasy koncertowej, fani zespołu. Rewelacyjnie zrealizowane i zmiksowane nagrania, obejmujące utwory z prawie całej dyskografii zespołu są ucztą dla uszu i pokazują, że do grania rocka nie trzeba mieć 24 lat, długich włosów i perfekcyjnie opracowanego growlingu. Partie gitarowe -- również solowe, oprócz Davida Gilmoura wykonuje rewelacyjny Tim Renwick (kto widział koncert, wie o czym piszę), natomiast w chórkach udziela się czarnoskóra Durga McBroom, czyli wokalistka Blue Pearl.
Hello
Is there anybody in there?
Just nod if you can hear me
Is there anyone home?
Comfortably Numb
Trasa koncertowa „P.U.L.S.E.” była i jest wciąż krytykowana za zbytnio eksponowaną oprawę wizualną, która jednak w wypadku tego zespołu nie ma szans zagrozić muzyce. Cechą charakterystyczną tego show jest też popisowe solo w „Comfortably Numb”, z efektem whammy w swojej końcówce -- coś czego nie usłyszmy w innych wykonaniach tego numeru.
„Division Bell” to drugi album Gilmoura. O wiele lepszy i bardziej dojrzały niż „A Momentary Laps of Reason”, który jest dla mnie zbyt niespójny i chaotyczny bym umieszczał go w tym zestawieniu. Division Bell jest grzeczny i poukładany, brakuje mu co prawda tej nuty niepokoju, którą wprowadzał swoim wokalem i tekstami Waters, ale to są już zupełnie inni Pink Floyd. Mniej szaleni, poważni -- co słychać nie tylko w muzyce ale i w tekstach, np. „Take It Back”, „Keep Talking” czy w „High Hopes”. No i przepiękny, nostalgiczny Marooned, będacy popisem solowym Gilmoura.
„The Final Cut” to specyficzny album. Wiele osób, uważa go za pomyłkę, Waterloo Watersa, wypalonego pracą i sukcesami. Jeśli ktoś uważa, że „The Wall” jest dziełem szalonego i chorego umysłu, powinien przesłuchać „Final Cut”. Album powstał bez udziału Ricka Wright’a -- którego Waters pozbył się z zespołu -- i w założeniach miał być ścieżką dźwiękową dla filmu „The Wall”. Pod wpływem wydarzeń roku 1982 (Wojna o Falklandy i pogłębiający się kryzys gospodarczy), zmienił sie w niezależne od filmu, koncepcyjne wydawnictwo. Nie potrafiłbym wskazać jednego ulubionego utworu, album jest tak skonstruowany, że poszczególne fragmenty składają się w jeden długi manifest. Najbardziej wyróżniającym się utworem, jest jednak bez wątpienia zaśpiewany przez Gilmoura w duecie z Watersem „Not Now John” ze słynnym powtarzanym wersem „fuckall that”, który został w procesie postprodukcji (w wersji singlowej) zastąpiony przez „stuff all that”.
„The Final Cut” doczekał się swojej wersji filmowej, a materiał video można obejrzeć zupełnie za darmo pod adresem: http://www.pinkfloyd.co.uk/theFinalCut/
W tym krótko-metrażowym projekcie, występują aktorzy znani między innymi z „The Wall”, a całość ma dosyć przygnębiający charakter.
„The Wall” to wedłu mojej opinii, dzieło monumentalne. Kiedy pierwszy raz usłyszałem „Another Brick In The Wall”, byłem zakochany w Sandrze, Sabrinie, Papa Dance i im podobnych wykonawcach. Na szczęście mi przeszło. Do tego albumu coś mnie przyciągało, a jednocześnie nigdy nie miałem szczęścia by go poznać w całości. Udało się ponad dekadę temu. I z miejsca zakochałem się w nim bardziej, niż w innych dokonaniach Floydów. A czemu? Teksty Watersa, jego charakterystyczny głos i fantastycznie wykreowany stan zagrożenia. Jeśli miałbym porównywać „The Wall” z „Dark Side of the Moon” to postawiłbym oba album na jednej pozycji. Są tak samo różne i tak samo dobre. Oprócz wspomnianego przeboju, oczywiście największym hitem okazał się „Comfortably Numb” z genialną solówką Gilmoura. W ucho wpadł mi również zaśpiewany przez tegoż „Young Lust” oraz przepiękny „Trial”.
„Dark Side of The Moon” -- pierwszy raz, dostałem te płytę ponad 12 lat temu na urodziny. I przez 8 lat przeleżała nietknięta, by następnie zaginąć. Gdy postanowiłem, że jestem gotów stawić jej czoła, udało mi się zdobyć zremasterowane wydanie specjalne. I wpadłem w sidła. Time oraz Money są moimi ulubionymi piosenkami na płycie, dorzucę jeszcze instrumentalny Any Colour You Like do pełnego obrazu i aż boję się cokolwiek napisać. Może tylko tyle, że nie bez powodu jest to faktycznie jeden z najważniejszych albumów rockowych a Alan Parson jako realizator wykonał kawał dobrej roboty.
Beyond the horizon of the place we lived when we were young
In a world of magnets and miracles
Our troughts strayed constandly and without boundary
The ringing of the division bell had begin
High Hopes
Może kogoś zdziwić, że w zestawieniu tym nie ma „The Piper At The Gates Of Dawn” lub któregokolwiek z albumów późniejszych, sprzed ery „Dark Side of The Moon”. Oczywiście -- mógłbym jeszcze napisać dwa czy trzy słowa o „Obscured By Clouds”, ale to co wymieniłem, chyba starczy…