Oto rasowy pudel-band. Z olbrzymią tradycją i nawiązaniami do glam-rocka i metalu, wiecznymi kłopotami z doborem odpowiednich gitarzystów i strasznie nierównymi albumami. Poison był moim pierwszym rockowym zespołem, dostałem bowiem kiedyś kasetę Flesh & Blood i zakochałem się w tytułowym utworze.
W roku 1990 trudno było dostać u nas płyty wielu popularnych wykonawców. Hard rock przeżywał swoje najlepsze chwile, jednak nie było jeszcze salonów muzycznych zaopatrzonych tak dostatnio, jak np. w RFN. Jednym ze źródeł pozyskiwania nagrań były centra dystrybucji, działające na zasadzie wypożyczalni płyt CD, często wyposażonych w stanowiska do nagrywania kaset audio. Kto pamięta C.R.M. Digital, zajmujący lokal w ekskluzywnym miejscu naprzeciwko Muzeum Narodowego, ten doskonale zna klimat takich miejsc, gdzie setki młodych ludzi nawiązywało kontakt z muzyką, której na co dzień nie można było dostać w sklepach. I właśnie za pośrednictwem Digitalu, zapoznałem się z pierwszymi płytami Poison.
I’ll take you down under my gun
Our flesh and blood will be as one
(Flesh & Blood) Sacrifice
Miłość trwała prawie dwa lata a Poison wymieniłem na Guns N’ Roses i Extreme. W tym samym czasie, w zespole zaczął się kryzys. C.C. DeVille wyleciał z funkcji gitarzysty i zajął się walką z nałogami. Na placu boju pozostali wokalista Bret Michaels, perkusista Rikki Rockett i basista Bobby Dall. Dołączył do nich sympatyczny szarpidrut Richie Kotzen, dzięki któremu powstał bardziej funkowo-bluesowy “Native Tongue”. Zmiana stylistyki nie bardzo przypadła mi do gustu, pozostałym fanom chyba również nie – album sprzedał się na świecie w ilości miliona egzemplarzy, co nie jest wstrząsającym wynikiem. Kotzen pożegnał się z zespołem, nie ze względu na swój wkład w ten wątpliwy sukces, ale za podrywanie narzeczonej Rocketta.
Wtedy to, jako zastępstwo pojawił się niejaki Blues Saraceno, aby nagrać z zespołem nowoczesną brzmieniowo, lecz niezbyt odkrywczą płytę – “Crack a smile… and more”. Saraceno podobnie jak Kotzen dostał wolną ręke i zdominował swoim stylem cały album. I podobnie jak Kotzen, pożegnał się wkrótce z Poison. Ciekawostką jest fakt, że w 1985 roku, o mały włos, głównym gitarzystą grupy nie został niejaki Sould Hudson – czyli Slash z Guns N’ Roses. Nie przypadł on jednak do gustu reszcie zespołu i w jego miejsce pojawił się DeVille.
W 1996 ukazał się platynowy Greatest Hits, którym chłopcy przypomnieli o sobie. Pomimo sukcesu wydawnictwa, nie doczekali się pomocy ze strony wytwórni Capitol Records i pomysł z wyruszeniem w trasę koncertową zrealizowali dopiero w 1999 roku. Rok później pojawił się album Live, z nowymi piosenkami i udziałem przywróconego do łask DeVille’a.
Niestety, Poison nie udało się powrócić w wielkim stylu. Wydany w 2002 roku Hollyweird jest co prawda powrotem do korzeni z czasów “Flesh & Blood” czy “Open Up and Say…Ahh” jednak brakuje mu świeżości, a przez kolejne kwadranse przebija brak inwencji i kurczowe trzymanie się sztampowych i utartych schematów. Fanom oryginalnego składu polecić mogę album Greatest Hist z 1996 roku, a dokładnie edycję, której okładka otwiera ten wpis.