Experience jest jednym z moich ulubionych abumów, a nie zapowiadało się, abym kiedykolwiek po niego sięgnął. Dawno, dawno temu, kolega zaprosił mnie na prezentacje świeżo poczynionych zakupów muzycznych, wśród których była “Music For The Jilted Generation”. A później, długo nic…
Jilted mnie powaliło na kolana. Usłyszałem potężne rockowe riffy w “Their Law”, miażdżącą perkusję w “Voodoo People” i całą masę fantastycznych syntezatorowych barw, które zalały mój (wówczas) hardrockowy umysł i chyba na zawsze zmieniły podejście do muzyki.
Płyta niebawem znalazła się również w moim posiadaniu. Guns N’ Roses, Extreme, Poison czy AC/DC poszły w odstawkę, a ja zyskałem kolejny bodziec by zająć się muzyką bardziej poważnie. Pamiętam że “No Good” atakowało moje uszy czasem bez przerwy a sam próbowałem odtwarzać zapamiętane pętle perkusyjne ćwicząc na instrumencie.
Lata mijały, na horyzoncie pojawiły się single z nowego albumu. Niestety Firestarter zawiódł moje nadzieje, podobnie Breathe -- przyznaje, oba kawałki były smacznie przyrządzone i gwarantowały solidny wycisk bębenków, jednak Fat Of The Land nie był już płytą jakiej się spodziewałem i chciałem słuchać. Był zbyt agresywny, rockowy, brutalny. A ja własnie dryfowałem w kierunku elektronicznym. Oprócz tego, FOTL zbytnio przypominał mi dokonania Crystal Method. Poprzestałem więc na rewelacyjnym remiksie Firestarter (Empirion Mix) w wydaniu singlowym. I w ten oto sposób, postanowiłem sięgnąć wstecz.
Experience to przepiękny album, z genialnymi, prostymi i rewelacyjnie zaaranżowanymi utworami, przechodzącymi z jednego, w drugi. Podobny efekt uzyskali później Chemical Brothers na Exit Planet Dust, jednak w wykonaniu Liama Howletta brzmi to po prostu lepiej. Powstawał w czasach, gdy imprezy odbywały się w małych zamkniętych klubach lub w przysłowiowym polu a kultura techno nie była jeszcze postrzegana przez pryzmat pasków na ortalionowych spodniach.
Prawdziwą perełką z tamtego okresu sa jednak single. “Out Of Space”, “Everybody In The Place”, “Charly” -- można na nich znaleźć nie tylko rewelacyjne przeróbki ale także genialne kawałki takie jak “G-Force” czy “Crazy Man”.
I prawdę mówiąc, tutaj kończyła się pierwsza wersja wpisu, ale… pojawił się nowy materiał.
Invaders Must Die od dnia premiery, spoczywa na mojej półce oraz w iPodzie. Pod względem produkcji jest to majstersztyk, pod względem muzycznym jest to powrót do korzeni -- ale jednocześnie utrzymany w stylistyce nowoczesnych i agresywnych rytmów, okraszonych oldskoolowymi akordami i partiami wokalnymi, przywodzącymi na myśl “Let The Music Reach” czy “Out Of Space”. Kawał potężnej, doskonale poskładanej i polepionej konstrukcji.
Oficjalny kanał na YouTube: http://pl.youtube.com/prodigychannel