Jeśli ktoś pamięta jeszcze dwóch kreskówkowych amerykańskich przygłupów ze stacji MTV, z pewnością kojarzy Stewarta. Ten blondasek, nosił czarną koszulkę z nazwą jednego z oryginalniejszych i ambitniejszych pudel-rock bandów. Winger często niesłusznie stawiany jest w jednym rzędzie z takimi wymiataczami jak Dokken, Motley Crue czy Damn Yankees.
Zapomnijmy na chwilę o zespole i skupmy się na niezwykle charakterystycznej sylwetce frontmana.
Kip Winger , oprócz umiejętności grania na gitarze elektrycznej czy basowej, posiada również niesamowite możliwości wokalne, a jego mocny głos doskonale pasuje do rockowego repertuaru.
I’m the son of a preacher
Ain’t no angels in my head
In My Veins
Zanim powstał Winger, Kip przeszedł solidną muzyczną edukację. W wieku pięciu lat, został objęty programem opieki szczególnie uzdolnionych artystycznie dzieci, który finansowała Yamaha. W wieku 10 lat, wraz z bratem i kolegami “z podwórka” założyli zespół Blackwood Creek, który skupił się na kowerowaniu swoich ulubionych wykonawców, takich jak Yes, Rush, Uriah Heep czy Alice Cooper. W wieku 15 lat, Kipowi znudziło się granie w zespole rockowym i swoje gitarowe fascynacje uzupełnił muzyką klasyczną i jazzem. Jako siedemnastolatek, rozpoczął naukę tańca w Colorado State Ballet, jednocześnie poświęcając wolny czas na doskonalenie muzycznego kunsztu. Przełom lat 70/80 to okres sporych zmian, związanych między innymi z przeprowadzką rodziny Wingerów oraz podjęciem przez Kipa studiów muzycznych.
W 1984 roku, Kip napisał blisko 60 utworów, które stały się mocnymi fundamentami dla dwóch pierwszych albumów zespołu. W tym właśnie czasie, dał się poznać jako zdolny kompozytor i muzyk sesyjny, podejmując współpracę z takimi wykonawcami jak Kix, Dylan czy Cooper. Podczas nagrywania swoich basowych i wokalnych partii dla Fiony, Kip poznał Reba Beach’a – gitarzystę, który grał z takimi wykonawcami jak Chaka Khan, Howard Jones czy Bee Gees.
Pierwszym wspólnym zespołem Reba i Kipa był ViceVersa. Pomimo starań producenta Beau Hill’a niestety nie udało im się zaistnieć w świadomości amerykańskiej młodzieży. Kip dostał propozycje grania u Alice Coopera, co zaowocowało poznaniem klawiszowca Paula Taylora, który dołączył do zespołu… Sahara. Taką właśnie nazwę wymyślili sobie czterej muzycy, niestety okazało się, że istnieje już inna grupa, posługująca się tym terminem i wybór padł na nazwisko Kipa.
Przyznam się bez bicia, dwa pierwsze albumy zespołu są mi znane ale nie pałam do nich wielką miłością – ot klasyczne hardrockowe granie, jakie usłyszeć możemy w nagraniach podobnych kapel, na przykład w pierwszym z brzegu Warrant. Nie oznacza to, że In The Heart of The Young czy Winger są słabe. Jeśli ktoś lubi klasyczne młócenie w stylu Van Halen czy Def Leppard – na pewno się nie zawiedzie.
Pierwszym albumem z jakim miałem styczność, był Pull. I do dzisiaj robi na mnie największe wrażenie, głównie dlatego – że jest inny niż wcześniejsze produkcje. Wypełniają go solidnie zaaranżowane i zagrane rockowe kawałki, przy czym cała płyta – począwszy od Blind Revolution, poprzez Down Icognito, Junkyard Dog po Like a Ritual trzyma równy, wysoki poziom. Zabawy z harmoniami, wokalne popisy Kipa, proste i wgniatające riffy Beach’a – aż trudno uwierzyć że zespół składał się tylko z czterech osób.
Pomimo swojej atrakcyjności, Pull nie stał się przebojem komercyjnym i stał się fragmentem kamienia nagrobnego dla mocnego rocka. Przytłaczająca nawałnica grunge i alternatywy zrobiła swoje. W jednym z wywiadów zespół skomentował to w ten sposób:
Jesteśmy kompozytorami i artystami, nie mamy flanelowych koszul i kolczyków w nosie.
Winger, Beach i pozostali członkowie kapeli zajęli się karierami solowymi. Wrócili w roku 2001, na fali odrodzenia, a wraz z ich powrotem na rynku pojawiła się płyta The Very Best Of Winger, która zawiera kwintesencję nagrań z trzech pierwszych albumów, w tym dostępną jedynie na Japońskiej edycji Pull piosenkę Hell To Pay oraz zupełnie nowe nagranie On The Inside – pochodzące jeszcze z sesji nagraniowych z 1993 roku. Zespół przy tej okazji zapowiedział nagranie kolejnej płyty w studiu, na to jednak trzeba było poczekać do października 2006 roku.
IV okazał się być kolejnym krokiem, dla jednych naprzód – dla innych wstecz. Osobiście uważam go za świetny album, kontynuujący ostrzejsze i mniej ugładzone granie, dopełnione elektronicznymi wstawkami. Problem z czwórką polega na tym, że album jako całość świetnie się prezentuje i dobrze się go słucha, ale nie ma na nim przebojów na miarę tych z Pull, brakuje też tego – co było znakiem rozpoznawczym ekipy – łzawych, przyjemnych i słodkich do bólu ballad z charakterystycznym lekko zachrypniętym głosem Kipa. Warto bowiem wspomnieć, że za sukcesem grupy i jej pierwszych płyt stoją numery-przytulanki, takie jak Under One Condition, Miles Away czy też porywający Headed For A Heartbreak z rewelacyjnym solo Beach’a i połamanymi rytmami Roda Morgensteina.
W 2008 roku Kip Winger wydał swój czwarty solowy album “From the Moon to the Sun”, który spotkał się z pozytywnym odbiorem zarówno fanów jak i krytyków. Ale to już materiał na zupełnie inną opowieść ;)
Oficjalne strony zespołu: www.wingertheband.com
Kip Winger na MySpace: www.myspace.com/kipwingermusic